Dojrzeć do miłości

Nie jestem z domu alkoholików. Nikt też nie siedział w więzieniu. Zasady ulicy nie obowiązywały w moim domu.
Wychowywała mnie matka. Jestem dzieckiem z nieformalnego związku. Mój ojciec miał inną rodzinę i z moją matką związał się tylko na chwilę. Matka mówiła, że zaplanowała wpadkę, ale czy to znaczy, że chciała mnie mieć?
Wszyscy uważali ją za przyzwoitego człowieka. Pracowała w różnych urzędach, doradzała ludziom. Potrafiła być pomocna.
Problem w tym, że ona nie powinna mieć dzieci. I dziś, choć brzmi to strasznie, uważam, że po prostu mnie nie kochała. Chyba nawet nie do końca wiedziała jak mnie nakarmić.
Od czwartego roku życia byłam dzieckiem ulicy. Wiecznie pod blokiem, pod blokiem…
Jak byłam brudna, to sąsiedzi mnie umyli.
Jak byłam głodna, dali jeść.
Miałam to szczęście (a może to też było moje przekleństwo), że byłam ładnym dzieckiem. Zawsze znalazł się ktoś gotowy mi pomóc. Nie byłam też głupia. Nauka szła mi dobrze. Chcieli mnie nawet przenieść z pierwszej do trzeciej klasy podstawówki.
Mimo to, ciągle brakowało mi właściwej opieki. W pewnym momencie koleżanki z dobrych domów zaczęły się ode mnie odsuwać, a ja bardzo potrzebowałam mieć kogoś bliskiego.
Poznałam nowe towarzystwo. Byli starsi ode mnie. Tacy dresiarze, lumpiarze spod bloku. Oni mnie akceptowali. Włóczyłam się z nimi, uciekałam ze szkoły, znikałam z domu. Poznawałam coraz to nowych ludzi. Nowych i gorszych. Byłam małą dziewczynką i szlajałam się z przestępcami. To był świat złodziei samochodów robiących lewe interesy, przekręty.
Byłam wtedy blisko różnych spraw. Oni kradli, a ja stałam na czatach. Nie byłam też taka zupełnie święta i jak chłopaki się włamały do monopolu to oczywiście pomagałam im wynosić towar, ale na nikogo nie napadłam, krzywdy nie zrobiłam. Chyba, że sobie…
Miałam trzynaście lat i sypiałam z trzydziestolatkiem. Dziś wiem, że to był zwykły zboczeniec, ale wówczas inaczej na to patrzyłam.
Mówił mi, że mnie kocha, a mi przecież najbardziej brakowało miłości. Przed kolegami nazywał mnie córeczką.
Brakowało mi ojca. Miałam jedenaście, dwanaście lat i jeździłam do miejscowości oddalonej od mojego domu o jakieś sześćdziesiąt kilometrów. Znałam adres, wiedziałam gdzie mieszka. Stawałam pod blokiem i wpatrywałam się w balkon, w nadziei, że go tam zobaczę.
Nie zobaczyłam.
Do ośrodka trafiłam na dwa dni przed Wigilią.
Byłam zła na moją matkę. To ona zadzwoniła na policję. Inne, patologiczne matki moich koleżanek pisały do sądu, uzgadniały przepustki i choć w domach była wóda, ktoś siedział w więzieniu, to one chciały spędzać święta ze swoimi córkami. One broniły swoich dzieci, nie chciały, by były w zamknięciu.
Ośrodek był dla mnie ważnym miejscem i myślę, że miał duży wpływ na to kim się ostatecznie stałam, ale oczywiście, jak większość dziewczyn nadal próbowałam żyć po swojemu. Gdy jeździłam do domu na przepustkę, to tylko wpadałam w piątek, zostawiałam rzeczy i balowałam cały weekend. Na początku nadal spotykałam się z tym trzydziestolatkiem, a potem byli jeszcze inni faceci.
Wystarczyło mnie pogłaskać, powiedzieć, że jestem fajna… Szłam za nimi szukając miłości, kogoś kto będzie się interesował, dawał ciepło.
Tylko, że ci faceci nie byli czuli. To były jakieś chwile, w których wydawało mi się, że jestem ważna. Dziś wiem, że to jest obrzydliwe.
Pamiętam też takie sceny z ośrodka. Z jednej strony byłam zbuntowaną nastolatką, a z drugiej potrafiłam siedzieć godzinami z głową na kolanach wychowawcy. Czułam się wtedy bezpiecznie.
Mojej matki do dzisiaj nie jestem w stanie dotknąć. Gdyby mnie poprosiła, żebym na przykład zafarbowała jej włosy, to chyba bym zwymiotowała.
W ośrodku odszukałam mojego ojca i poznaliśmy się. Raz nawet rozmawiał ze mną dłużej niż piętnaście minut. Przesyłał mi też pieniądze. Taki „przelewowy” tata.
Wychowawcy szybko się zorientowali, że nauka idzie mi bardzo dobrze. Poziom szkoły w placówce był niski i jakimś cudem przenieśli mnie do zwykłej szkoły. Dzięki temu mogłam potem zdobyć wykształcenie.
Z placówki wyszłam, gdy miałam szesnaście lat. Poszłam do liceum z internatem. Nadal prowadzałam się ze złym towarzystwem, więc internat szybko przestał mi się podobać. Wolałam dojeżdżać do szkoły.
Wtedy pojawił się on. Starszy ode mnie o dziewięć lat. Silny, duży, związany z przestępczym światem. Wszyscy się z nim liczyli, bali się go. Zakochałam się. Widziałam, że dzięki mojej relacji z nim ludzie mnie inaczej traktują.
On nie mógł zrozumieć po co chodzę do szkoły, ale nie utrudniał mi nauki. W jego rodzinie nikt nie skończył szkoły. Kobiety zajmowały się domem i wychowywaniem dzieci, a mężczyźni załatwiali pieniądze.
Miałam siedemnaście lat, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Przez pierwszy tydzień nie wiedziałam co mam z tym zrobić. Chodziłam z testem w kieszeni i umierałam z przerażenia.
Ojciec dziecka oczywiście się cieszył, ale nie był zachwycony tym, że nadal chcę się uczyć. Z tego powodu szarpnął mnie pierwszy raz.
Ciąża była zagrożona. Ponad dwa miesiące przeleżałam w szpitalu, ale wówczas stał się cud. Mój mózg zaczął zdrowieć. Zaczęłam się naprawdę zmieniać. Nie paliłam, nie piłam. Siedziałam grzecznie i czekałam na ten brzuch. Nie wiedziałam jeszcze czym jest miłość, która mnie później spotka, ale chciałam, żeby dziecko było zdrowe. Mój partner wtedy też się jakoś przejął. Gromadził wózeczki, łóżeczka, ciuszki.
Matka przeniosła mnie do liceum dla dorosłych. Pierwszą klasę zaliczyłam eksternistycznie.
Kiedy urodził się mój syn, wraz z nim pojawiła się ogromna miłość. Od tej pory starałam się żyć inaczej. Stałam się matką Polką idealną. Biegałam do biblioteki, żeby się dowiedzieć jak to zrobić, żeby dziecko było normalne. Nie chciałam, żeby mój syn powtórzył moją historią, a obawiałam się, że nie mając żadnych wzorców, nie będę w stanie zapewnić mu prawidłowego rozwoju. Taką książkę „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby do nas mówiły” znam chyba na pamięć.
Mieszkałam z matką w dwupokojowym mieszkaniu. Co jakiś czas, w przerwach między różnymi akcjami, zjawiał się u nas mój partner, ojciec dziecka. Było bardzo źle.
Mój syn już tego nie pamięta, ale jeszcze przez trzy lata od rozstania z jego ojcem tak mocno pocił się w nocy, że musiałam zmieniać pościel. Jak słyszał jakiś krzyk w telewizorze, to się chował.
Jego ojciec potrafił stać przy łóżeczku z nożem i pytać mnie kogo ma zabić najpierw – nasze dziecko czy mnie.
Była policja, sąd, wszystko. On się w pierwszej chwili uparł, że chce mieć kontakt z synem. Dostał kuratora do spotkań. Było to dla mnie bardzo trudne, bo wiedziałam, że moje dziecko też się go boi. Bardzo wspierały mnie wówczas pracownice poradni psychologiczno-pedagogicznej. Pomogły mi przez ten czas przejść. Przez chwilę przebywałam w placówce dla ofiar przemocy, ukrywałam się u dalszej rodziny.
Przez cały ten czas brakowało nam pieniędzy. Były dni, że miałam tylko pięć złotych w kieszeni. Kombinowałam z pieluchami, z jedzeniem. Pamiętam sklep, w którym sprzedawano pieluchy z błędnym nadrukiem za sześćdziesiąt groszy sztuka. Ja potrzebowałam jednej na noc.
Ostatecznie sąd pozbawił ojca władzy rodzicielskiej i skazał za znęcanie się nad nami.
Zrobiłam maturę, poszłam na studia pedagogiczne, pracowałam. Syn poszedł do żłobka, potem do przedszkola, dorastał. Skończyłam studia podyplomowe z informatyki, zdobyłam certyfikat terapeuty uzależnień.
Pracuję w dobrej firmie. Jestem niezależna.
Dziś mój syn ma już dwadzieścia jeden lat i za każdym razem, gdy na niego patrzę jestem przekonana, że uratował mi życie. Dzięki niemu i dla niego miałam siłę, by walczyć i się zmienić.
Po studiach wyszłam za mąż, ale nie poukładało nam się, chociaż mój były mąż był naprawdę normalnym facetem. Zaadoptował mojego syna i mimo rozpadu naszego małżeństwa nadal utrzymuje z nim kontakt i jest dla niego ojcem.
Dlaczego między nami nie wypaliło?
Myślę, że tak naprawdę to ja dopiero teraz, po latach terapii i doświadczeń, zaczęłam dorastać do bliskości z mężczyzną i uczyć się, że można z kimś spać na łyżeczkę.
Uśmiecham się, bo… poznałam kogoś z kim jest mi po prostu dobrze i czuję, że dojrzałam do miłości.

Dziecko zmienia wszystko

Nie jestem z domu alkoholików. Nikt też nie siedział w więzieniu. Zasady ulicy nie obowiązywały w moim domu.
Wychowywała mnie matka. Jestem dzieckiem z nieformalnego związku. Mój ojciec miał inną rodzinę i z moją matką związał się tylko na chwilę. Matka mówiła, że zaplanowała wpadkę, ale czy to znaczy, że chciała mnie mieć?
Wszyscy uważali ją za przyzwoitego człowieka. Pracowała w różnych urzędach, doradzała ludziom. Potrafiła być pomocna.
Problem w tym, że ona nie powinna mieć dzieci. I dziś, choć brzmi to strasznie, uważam, że po prostu mnie nie kochała. Chyba nawet nie do końca wiedziała jak mnie nakarmić.
Od czwartego roku życia byłam dzieckiem ulicy. Wiecznie pod blokiem, pod blokiem…
Jak byłam brudna, to sąsiedzi mnie umyli.
Jak byłam głodna, dali jeść.
Miałam to szczęście (a może to też było moje przekleństwo), że byłam ładnym dzieckiem. Zawsze znalazł się ktoś gotowy mi pomóc. Nie byłam też głupia. Nauka szła mi dobrze. Chcieli mnie nawet przenieść z pierwszej do trzeciej klasy podstawówki.
Mimo to, ciągle brakowało mi właściwej opieki. W pewnym momencie koleżanki z dobrych domów zaczęły się ode mnie odsuwać, a ja bardzo potrzebowałam mieć kogoś bliskiego.
Poznałam nowe towarzystwo. Byli starsi ode mnie. Tacy dresiarze, lumpiarze spod bloku. Oni mnie akceptowali. Włóczyłam się z nimi, uciekałam ze szkoły, znikałam z domu. Poznawałam coraz to nowych ludzi. Nowych i gorszych. Byłam małą dziewczynką i szlajałam się z przestępcami. To był świat złodziei samochodów robiących lewe interesy, przekręty.
Byłam wtedy blisko różnych spraw. Oni kradli, a ja stałam na czatach. Nie byłam też taka zupełnie święta i jak chłopaki się włamały do monopolu to oczywiście pomagałam im wynosić towar, ale na nikogo nie napadłam, krzywdy nie zrobiłam. Chyba, że sobie…
Miałam trzynaście lat i sypiałam z trzydziestolatkiem. Dziś wiem, że to był zwykły zboczeniec, ale wówczas inaczej na to patrzyłam.
Mówił mi, że mnie kocha, a mi przecież najbardziej brakowało miłości. Przed kolegami nazywał mnie córeczką.
Brakowało mi ojca. Miałam jedenaście, dwanaście lat i jeździłam do miejscowości oddalonej od mojego domu o jakieś sześćdziesiąt kilometrów. Znałam adres, wiedziałam gdzie mieszka. Stawałam pod blokiem i wpatrywałam się w balkon, w nadziei, że go tam zobaczę.
Nie zobaczyłam.
Do ośrodka trafiłam na dwa dni przed Wigilią.
Byłam zła na moją matkę. To ona zadzwoniła na policję. Inne, patologiczne matki moich koleżanek pisały do sądu, uzgadniały przepustki i choć w domach była wóda, ktoś siedział w więzieniu, to one chciały spędzać święta ze swoimi córkami. One broniły swoich dzieci, nie chciały, by były w zamknięciu.
Ośrodek był dla mnie ważnym miejscem i myślę, że miał duży wpływ na to kim się ostatecznie stałam, ale oczywiście, jak większość dziewczyn nadal próbowałam żyć po swojemu. Gdy jeździłam do domu na przepustkę, to tylko wpadałam w piątek, zostawiałam rzeczy i balowałam cały weekend. Na początku nadal spotykałam się z tym trzydziestolatkiem, a potem byli jeszcze inni faceci.
Wystarczyło mnie pogłaskać, powiedzieć, że jestem fajna… Szłam za nimi szukając miłości, kogoś kto będzie się interesował, dawał ciepło.
Tylko, że ci faceci nie byli czuli. To były jakieś chwile, w których wydawało mi się, że jestem ważna. Dziś wiem, że to jest obrzydliwe.
Pamiętam też takie sceny z ośrodka. Z jednej strony byłam zbuntowaną nastolatką, a z drugiej potrafiłam siedzieć godzinami z głową na kolanach wychowawcy. Czułam się wtedy bezpiecznie.
Mojej matki do dzisiaj nie jestem w stanie dotknąć. Gdyby mnie poprosiła, żebym na przykład zafarbowała jej włosy, to chyba bym zwymiotowała.
W ośrodku odszukałam mojego ojca i poznaliśmy się. Raz nawet rozmawiał ze mną dłużej niż piętnaście minut. Przesyłał mi też pieniądze. Taki „przelewowy” tata.
Wychowawcy szybko się zorientowali, że nauka idzie mi bardzo dobrze. Poziom szkoły w placówce był niski i jakimś cudem przenieśli mnie do zwykłej szkoły. Dzięki temu mogłam potem zdobyć wykształcenie.
Z placówki wyszłam, gdy miałam szesnaście lat. Poszłam do liceum z internatem. Nadal prowadzałam się ze złym towarzystwem, więc internat szybko przestał mi się podobać. Wolałam dojeżdżać do szkoły.
Wtedy pojawił się on. Starszy ode mnie o dziewięć lat. Silny, duży, związany z przestępczym światem. Wszyscy się z nim liczyli, bali się go. Zakochałam się. Widziałam, że dzięki mojej relacji z nim ludzie mnie inaczej traktują.
On nie mógł zrozumieć po co chodzę do szkoły, ale nie utrudniał mi nauki. W jego rodzinie nikt nie skończył szkoły. Kobiety zajmowały się domem i wychowywaniem dzieci, a mężczyźni załatwiali pieniądze.
Miałam siedemnaście lat, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Przez pierwszy tydzień nie wiedziałam co mam z tym zrobić. Chodziłam z testem w kieszeni i umierałam z przerażenia.
Ojciec dziecka oczywiście się cieszył, ale nie był zachwycony tym, że nadal chcę się uczyć. Z tego powodu szarpnął mnie pierwszy raz.
Ciąża była zagrożona. Ponad dwa miesiące przeleżałam w szpitalu, ale wówczas stał się cud. Mój mózg zaczął zdrowieć. Zaczęłam się naprawdę zmieniać. Nie paliłam, nie piłam. Siedziałam grzecznie i czekałam na ten brzuch. Nie wiedziałam jeszcze czym jest miłość, która mnie później spotka, ale chciałam, żeby dziecko było zdrowe. Mój partner wtedy też się jakoś przejął. Gromadził wózeczki, łóżeczka, ciuszki.
Matka przeniosła mnie do liceum dla dorosłych. Pierwszą klasę zaliczyłam eksternistycznie.
Kiedy urodził się mój syn, wraz z nim pojawiła się ogromna miłość. Od tej pory starałam się żyć inaczej. Stałam się matką Polką idealną. Biegałam do biblioteki, żeby się dowiedzieć jak to zrobić, żeby dziecko było normalne. Nie chciałam, żeby mój syn powtórzył moją historią, a obawiałam się, że nie mając żadnych wzorców, nie będę w stanie zapewnić mu prawidłowego rozwoju. Taką książkę „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby do nas mówiły” znam chyba na pamięć.
Mieszkałam z matką w dwupokojowym mieszkaniu. Co jakiś czas, w przerwach między różnymi akcjami, zjawiał się u nas mój partner, ojciec dziecka. Było bardzo źle.
Mój syn już tego nie pamięta, ale jeszcze przez trzy lata od rozstania z jego ojcem tak mocno pocił się w nocy, że musiałam zmieniać pościel. Jak słyszał jakiś krzyk w telewizorze, to się chował.
Jego ojciec potrafił stać przy łóżeczku z nożem i pytać mnie kogo ma zabić najpierw – nasze dziecko czy mnie.
Była policja, sąd, wszystko. On się w pierwszej chwili uparł, że chce mieć kontakt z synem. Dostał kuratora do spotkań. Było to dla mnie bardzo trudne, bo wiedziałam, że moje dziecko też się go boi. Bardzo wspierały mnie wówczas pracownice poradni psychologiczno-pedagogicznej. Pomogły mi przez ten czas przejść. Przez chwilę przebywałam w placówce dla ofiar przemocy, ukrywałam się u dalszej rodziny.
Przez cały ten czas brakowało nam pieniędzy. Były dni, że miałam tylko pięć złotych w kieszeni. Kombinowałam z pieluchami, z jedzeniem. Pamiętam sklep, w którym sprzedawano pieluchy z błędnym nadrukiem za sześćdziesiąt groszy sztuka. Ja potrzebowałam jednej na noc.
Ostatecznie sąd pozbawił ojca władzy rodzicielskiej i skazał za znęcanie się nad nami.
Zrobiłam maturę, poszłam na studia pedagogiczne, pracowałam. Syn poszedł do żłobka, potem do przedszkola, dorastał. Skończyłam studia podyplomowe z informatyki, zdobyłam certyfikat terapeuty uzależnień.
Pracuję w dobrej firmie. Jestem niezależna.
Dziś mój syn ma już dwadzieścia jeden lat i za każdym razem, gdy na niego patrzę jestem przekonana, że uratował mi życie. Dzięki niemu i dla niego miałam siłę, by walczyć i się zmienić.
Po studiach wyszłam za mąż, ale nie poukładało nam się, chociaż mój były mąż był naprawdę normalnym facetem. Zaadoptował mojego syna i mimo rozpadu naszego małżeństwa nadal utrzymuje z nim kontakt i jest dla niego ojcem.
Dlaczego między nami nie wypaliło?
Myślę, że tak naprawdę to ja dopiero teraz, po latach terapii i doświadczeń, zaczęłam dorastać do bliskości z mężczyzną i uczyć się, że można z kimś spać na łyżeczkę.
Uśmiecham się, bo… poznałam kogoś z kim jest mi po prostu dobrze i czuję, że dojrzałam do miłości.

Szczęśliwa trójka

Na naszym blogu publikujemy opowieść, którą z przedstawicielką zaprzyjaźnionej organizacji z Rumunii podzieliła się Manuela. Alina Avadenei, która z nią rozmawiała tak napisała o tym doświadczeniu: „Jestem pod wielkim wrażeniem jej optymizmu, radości i siły charakteru! Chciałabym, aby wiele matek, zarówno młodych jak i trochę starszych, czerpało z niej inspirację, abyśmy wszyscy uczyli się, że można żyć pięknie, bez względu na przeciwności losu”.

A oto historia młodej Rumunki.

Mam na imię Manuela i zaszłam w ciążę, gdy miałam 14 lat. Nie wiedziałam, że można zajść w ciążę, gdy podejmuje się pierwszy kontakt seksualny, ale w moim przypadku tak się właśnie stało.

Co miałam zrobić? Moja mama powiedziała mi, że posiadanie dzieci nie jest wcale proste, próbowała wyjaśnić co mnie czeka, ale nikt nie mówił mi, że mam przerwać ciążę. Z resztą i tak bym tego nie zrobiła, bo zbyt mocno wierzę w Boga. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym się zdecydować na taki krok, tym bardziej, że na USG mogłam widzieć jak rozwija się moje dziecko.

Mój partner namówił rodziców, żeby pozwolili się nam pobrać. Nie było łatwo. Mój tata był od początku przeciwny. Mówił, że jesteśmy zbyt młodzi, że wszystko się dzieje za wcześnie.

Pobraliśmy się gdy skończyłam 15 lat.

W czasie ciąży trudno było mi chodzić do szkoły. Nie mogłam się skoncentrować, poza tym wiele osób patrzyło na mnie nieprzychylnie. W tym czasie wspierała mnie moja mama.

Potem trudno było mi nauczyć się karmienia piersią. Ciągłe pobudki w ciągu nocy doprowadzały mnie do szału. Do tego kolki, wyrzynanie się zębów. Ale trwałam przy swoim, co więcej udało mi się zdać egzaminy i poszłam do liceum.

Mój mąż zaczął pracować i utrzymuje nas. Mamy też rodziny, na które możemy liczyć – są babcie i dziadkowie. Mamy szczęście!

Do końca szkoły mam jeszcze dwa lata. Moja córka we wrześniu idzie do przedszkola, więc będzie nam wszystkim łatwiej.

Gdybym miała przejść przez to wszystko jeszcze raz, nie zmieniłabym niczego. Jest dobrze tak jak jest.  Mamy siebie, mamy gdzie mieszkań, a jak sprawy się nadal będą układać dla nas pomyślnie, chcemy zbudować własny dom.

Pewnie, że czasem się kłócimy, ale w jakiej rodzinie nie ma kłótni?

Najważniejsze, że jesteśmy szczęśliwi. Cała nasza trójka.

Historia Olki

Pierwsze kopnięcie. Teraz naprawdę zaczyna do niej docierać, że coś się zmienia. Zgasiła papierosa. Może jednak nie powinna palić? Tylko dlaczego ma nie palić, skoro ma na to ochotę? Zna wiele dziewczyn, które paliły w ciąży i jakoś rodziły normalne dzieci. Najchętniej napiłaby się wódki. Jeszcze lepiej byłoby zapalić jointa.

Continue Reading

Kiedy śmieje się dziecko…

Alkohol… tak pamiętam swoje dzieciństwo. Pojawiał się w domu zbyt często i długo, aż stało się to codziennością. Kiedy miałam 7 lat musiałam już opiekować się nowo narodzoną siostrą. Bardzo dobrze z czasem mi to wychodziło, każdy mawiał, że świetnie sobie radzę. Rodzice żyli po swojemu, imprezy, wychodne. Byłam odpowiedzialna,

Continue Reading

Zła matka?

Czy matka nastolatka tak naprawdę wie jak być matką? Naszła mnie tak refleksja po wczorajszym wywiadzie dotyczącym nastoletniego macierzyństwa. Nigdy nie powiedziałabym, że żałuję bycia mamą. Mam wspaniałe dzieci. Antoni jest niebywale wrażliwy, jest uzdolniony matematycznie i wydaje mi się, że mocno stąpa po ziemi. Nadia ma zdolności plastyczne, jest

Continue Reading

Blog jest prowadzony w ramach projektu THE BOND (Więź) realizowanego w Programie ERASMUS +

Jeśli chcesz pomóc nieletnim matkom i wesprzeć inicjatywę budowy domu, w którym będą mogły mieszkać ze swoimi dziećmi zajrzyj na stronę akcji społecznej prowadzonej przez firmę kosmetyczną BANDI i Fundację po DRUGIE.

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Archiwa